Nasza Funia

Wczorajszy wpis Staszka o odejściu Kropki strasznie mnie zasmucił, a zarazem przywołał wspomnienia o naszej ukochanej jamniczce Funi – a właściwie Fortunie bo takie było jej właściwe imię. Jak wiecie przez całe moje dzieciństwo w moim życiu przewijały się różne zwierzaki, poświeciłam temu tematowi dwa a może nawet trzy wpisy. Już od najmłodszych lat od kiedy sięgam pamięcią w naszym domu zawsze był pies, pierwsze wspomnienia sięgają czasów gdy byłam 3-4 letnim brzdącem pamiętam Misia i Toma, Tom był wielkim psem i ciągnął sanie z moją siostrą i ze mną na pokładzie a Misiu to był mały czarny piesek, który biegał po podwórku. Były to czasy gdy mieszkaliśmy na obrzeżach miasta w domu jednorodzinnym. Gdy miałam 7 lat przeprowadziliśmy się na tzw, blokowisko. Na początku nie mieliśmy psa, ale w krótkim czasie pojawiła się Kora to była suczka – niemiecki terier – ojciec już wtedy należał do koła łowieckiego i potrzebował takiego psa na polowania. Niestety suka była charakternym psem, dosyć agresywnym i strasznie nie lubiła przemocy nawet podniesiony głos doprowadzał do tego, że warczała i szczerzyła kły. Mama obawiała się o nasze zdrowie ponieważ dużo czasu przebywałyśmy w mieszkaniu same z psem, wtedy ojciec postanowił zabrać ją do swojego miejsca pracy gdzie i tak spędzał większość czasu. No i wtedy rodzice dostali informacje, że pewien Pan w naszym mieście chce sprzedać jamniczkę bo ma jeszcze ratlerik miniaturki i nie może sobie pozwolić na tyle zwierząt, mama nie był bardzo chętna na kolejnego psa bo to zawsze obowiązek no ale poszła z ojcem obejrzeć, mimo mamy początkowej niechęci wrócili z Funią. Mama później mówiła, że jak ją zobaczyła takie miała smutne oczy jakby prosiła zabierzcie mnie ze sobą, serce mamie podpowiadało, że musi ją wziąć. Jak się później okazało nasza Funia była rasowym jamnikiem z rodowodem jej rodzice byli Championami – mama w Polskiej rodzinie, ojciec Belgijskiej. Gdzieś u mojej mamy te wszystkie pamiątki po naszej suczce są rodowód, medale z wystaw a nawet jej ulubiona smycz. Tak więc w roku z chyba 1988 zaczęła się nasza przygoda z ukochaną suczką. Towarzyszyła nam ona przez wiele lat, przez ostatnie lata swojego życia chorowała na raka sutka, ostatni etap przed jej uśpieniem był dla niej cierpieniem, to była bardzo trudna decyzja zdecydować się na uśpienie, ale patrzenie na to jak cierpi, jak wycieńczyła ją choroba było straszne, tej decyzji nie podjęliśmy od tak sobie tak nam doradził weterynarz. Jednak ani mama, ani siostra ani ja nie potrafiłyśmy tego zrobić, wtedy pomógł nam ówczesny chłopak mojej siostry, to on z nią poszedł na ten ostatni spacer. Nasza rodzina rozpaczała jeszcze długi czas, brakowało tego krzątania się po mieszkaniu, nie miał kto grzać stóp. Wspominam ją z sentymentem i zawsze pozostanie w moim sercu. Mam nadzieje, że jest szczęśliwa w psim raju, po drugiej stronie tęczowego mostu.

Ściskam 🤗

8 myśli na temat “Nasza Funia

  1. Jeżeli ktoś kocha zwierzęta, to ich odchodzenie rozrywa serce. Ja nie mogę się pozbierać i podejrzewam że jeszcze długo zejdzie nim dojdę do siebie… Zwierzęta powinny żyć tak długo jak ludzie którzy je kochają 😦

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s